niedziela, 21 sierpnia 2016

Rozdział 2.


Długa szata kołysała się przed nosem Naav, spływając z ramion czarodzieja o czarnych, tłustych włosach. Szedł przed nią szybkim krokiem, prowadząc... właściwie sama nie wiedziała gdzie. Profesor Snape, który był opiekunem jej domu, wpadł do pokoju wspólnego Ślizgonów chwilę po tym, jak większość uczniów otoczyła radosnym kręgiem uczestniczkę turnieju. Naav przytłaczał nieco ogrom tych ludzi, którzy składali jej gratulacje, ściskali, chwalili i gwizdali wesoło, wiwatując widowiskową walkę Ślizgonki, dlatego też w pierwszej chwili ucieszyła się, gdy nauczyciel – choć z nietęgą miną – wyciągnął ją z grona tymczasowych fanów. 
Właściwie, nie miała pojęcia, o co chodzi. Opiekun Slytherinu był wyjątkowo oschły i introwertyczny, nie odezwał się do niej ani słowem. Zatrzasnąwszy za sobą drzwi do pokoju wspólnego, zatrzymała się i pytająco spojrzała na profesora Snape'a. Ten jednak ponaglił ją krótkim „Za mną” i poszedł dalej, wierząc, że nowa uczennica posłusznie podąży za nim. Niestety Alhevŏte miała już dość bycia zdyscyplinowaną wychowanką, podczas gdy wszyscy i tak traktowali ją jak popychadło i podrzutka. Naprawdę nie zależało jej na uczęszczaniu do Hogwartu. Nie miała już ochoty uczyć się i przebywać w instytucjach, które tak nią pomiatały. Wszak jaką miała pewność, że za pół roku czy rok nie zostanie przeniesiona z Hogwartu do jakiegoś innego, obcego miejsca?
Tak więc nie ruszyła za nauczycielem. Stała jak wcześniej, czekając na jakiekolwiek wyjaśnienie sytuacji. Nie wzruszyło jej ponure i nieprzeniknione oblicze profesora, przecież nie mógł jej nic zrobić, a przynajmniej taką żywiła nadzieję. Niespodziewanie jednak borsukowaty czarodziej cofnął się i mocno zacisnął dłoń na nadgarstku uczennicy, za który szarpnął, by pociągnąć dziewczynę za sobą. Próby wyrwania się z żelaznego ucisku spełzły na niczym, toteż niebawem Naav znalazła się w – jak myślała – gabinecie nauczyciela eliksirów. 
Pomieszczenie było równie ponure jak jego właściciel. Panował tam półmrok, choć przez niewielkie okno pod sufitem wpadały świetliste strugi popołudniowego światła. Jak wszędzie w lochach, tak i tam znajdowało się łukowe, kamienne sklepienie, wcale nie wysokie. Zimnych, wilgotnych ścian nie ogrzewał nawet blask pomarańczowego światła świec, które zapłonęły, gdy czarodzieje pojawili się w gabinecie.
Komnata nie została spersonalizowana przez profesora. Znajdowały się w niej same niezbędne przedmioty: biurko, regały z książkami, stolik, a także coś, co bardziej zainteresowało Ślizgonkę, czyli półki z eliksirami, składnikami i inne bliżej niezidentyfikowane fiolki. Nie było tam jednak rzeczy osobistych, żadnych zdjęć, obrazów czy innych pamiątek. Profesor albo nie żywił do niczego i nikogo sentymentu, albo nie chciał, podobnie jak Naav, by szkoła była jego drugim domem.
— Zanim odeślę cię do dyrektora Dumbledore'a, który niewątpliwie zechce się z tobą rozmówić — zaczął czarodziej, przesłaniając jej swoją sylwetką widok na pomieszczenie — dowiem się, skąd znasz to zaklęcie.
Naav wstrzymała oddech, podczas gdy profesor mierzył ją nienawistnym spojrzeniem. Kiedy odwrócił się i skierował w stronę regału z eliksirami, młoda czarownica zaczerpnęła do płuc powietrza i tuż po tym zachłysnęła się nim, wzdychając w obawie o podanie jej jakiegoś magicznego specyfiku. 
— J... jakie zaklęcie? — spytała ledwie słyszalnie, obserwując cały czas każdy ruch nauczyciela. Dopiero gdy odwrócił się z niewielką fiolką w dłoni, zauważyła na jego twarzy pewien obłęd, dotąd skutecznie maskowany.
— Veritaserum... — wycedził, zbliżając się do uczennicy. Alhevŏte potrzebowała chwili, by przypomniało jej się, czym jest owy eliksir. Gdy uświadomiła sobie jego działanie, serce uczennicy znacznie przyspieszyło rytm. Przez chwilę myślała, czy istnieje jakaś tajemnica, w której jest posiadaniu, a której nie powinien poznać Snape. Nie przychodziło jej nic na myśl, chyba że profesora miałaby interesować burzliwa kariera szkolna, co było dość wątpliwe. 
— Przyznasz się sama, Alhevŏte, czy też chcesz, żebym wlał w ciebie to cudo?
Brzmienie jej nazwiska w ustach Severusa Snape’a było nad wyraz gorzkie. Niemniej jednak wypowiadał je z właściwym akcentem, przez co w głowie czarownicy zaświtała myśl, że być może zna jej pochodzenie? Wciąż patrzyła w nieprzeniknione, zamglone narastającym szaleństwem czarne oczy mężczyzny, zastanawiając się, czy ktoś taki jak on w ogóle zechciałby z nią rozmawiać, nawet gdyby wiedział coś więcej. Jaki miałby interes w zdradzeniu jej tajemnicy pochodzenia? Jakie korzyści? Najpewniej żadne. 
— Sectumsempra, skąd znasz, na Salazara, zaklęcie Sectumsempra!
— Ach, to... — Naav poczuła się nagle niezwykle oświecona i dopiero wówczas zdała sobie sprawę z tego, co nieświadomie i nieprzemyślenie nabroiła.
W Durmstrangu nauczano czarnej magii, owszem. Prawdopodobnie była to jedyna szkoła, która przekazywała swoim uczniom wiedzę czarnomagiczną. Według plotek była to sprawka Karkarowa, śmierciożercy, któremu jako jednemu z nielicznych udało się uniknąć Azkabanu. Jednak profesorowi Snape'owi nie chodziło bynajmniej o użycie czarnej magii podczas turnieju, o nie. I Alhevŏte była tego pewna. Nim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, czarodziej sam wtargnął do jej umysłu. 

Z absolutnej ciemności, panującej na opustoszałych korytarzach pogrążonego we śnie Durmstrangu, dotarły do niego ledwie słyszalne kroki. Były lekkie, ale i niepewne, stąd zaraz zwróciły jego uwagę. Kiedy wzrok byłego śmierciożercy przyzwyczaił się do wszechobecnego mroku, dojrzał sylwetkę niepewnie kroczącej uczennicy. Naav skradała się po cichu, stawiając bose stopy na marmurowej posadzce. Sama nie rozumiała, czy zachowanie to było kierowane wyjątkową desperacją, czy też najzwyklejszą ciekawością. W każdym razie w tamtej chwili uważała to za najlepsze, co mogła zrobić. 
Wiedziała, że dyrektor opuścił szkołę na kilka dni. Jedyną przeszkodą w dostaniu się do jego gabinetu było dwoje strażujących czarodziejów. Przyglądała im się zza rogu, zastanawiając się, jak odwrócić ich uwagę i wkraść się do gabinetu. Przed potężnymi wrotami stały dwie magiczne czary, nad którymi lewitowały duże, płomienne kule, dostatecznie dobrze oświetlające korytarz. Tworzyły one także magiczną barierę, której nie mogli przekroczyć nieupoważnieni.
Tenebit Tempus — wyszeptała zza rogu. Koniec jej różdżki rozbłysnął na ułamek sekundy bladym światłem.
O ile w zachowaniu strażników nic się nie zmieniło – wciąż stali nieruchomo – o tyle płomienne kule zamarły w bezruchu, a pojedyncze języki ognia przestały się kołysać. By upewnić się, że klątwa zadziałała także na czarodziejów, Naav nieśmiało rzuciła Lumos i obserwowała, czy zwrócą uwagę na światło. Kiedy okazało się, że wszystko poszło po jej myśli, czym prędzej podbiegła do wrót i rzuciła Alohomora. Niestety zamek ani drgnął. Czarownica potraktowała go wszystkimi zaklęciami, jakie tylko pamiętała. Ręce zaczęły jej drżeć. Co mogłoby się stać, gdyby ktoś ją przyłapał? Jaka była kara za włamanie do gabinetu dyrektora? Nie myślała o tym wówczas. Działa pod wpływem impulsu, improwizując.
 Wreszcie jedna z wymyślnych kombinacji zaklęć zadziałała. Nacisnąwszy na potężną, pięknie zdobioną klamkę, Naav odchyliła bezgłośnie jedno skrzydło i wkroczyła do pomieszczenia. Choć było wyjątkowo urządzone, nie miała czasu na zachwycanie się nim. Ostatnio gościła u dyrektora chyba w pierwszym roku nauki w Durmstrangu, więc już prawie zapomniała, z jakim smakiem urządzono gabinet. Czym prędzej podbiegła do biurka wyrzeźbionego w klasycznym, secesyjnym stylu. Stał na nim kuferek z okuciami zdobionymi pawimi oczkami. Przez szparkę pod wiekiem wystawał skrawek pergaminu, który wyjątkowo zainteresował młodą czarownicę. „Cistem Aperio” szepnęła i odchyliła wieko kuferka. Na wierzchu znajdował się jednozdaniowy list.

Będę mieć na oku pannę Alhevŏte, Igorze. Nikt się nie dowie.
SS

Osłupiała. Kim był SS? I z jakiego powodu ktokolwiek miałby ją obserwować? Pogłębiona ciekawość popchnęła ją do przeczytania pozostałej korespondencji dyrektora. W listach od tajemniczego SS nie znalazła już żadnych wzmianek o sobie, natomiast korespondent podzielił się z dyrektorem Durmstrangu w jednym z listów kilkoma zaklęciami, które – jak twierdził – sam wymyślił. Listy, pełne chaotycznych notatek, wyglądały na stare; Naav zawsze była wybitnie zainteresowana tym, co nieznane i zapomniane. Sama wymyślała i testowała w ukryciu własne klątwy, co jednak było pracą wyjątkowo trudną i mozolną. I właściwie dotychczas udało jej się tylko z jednym czarem. Nie powstrzymała się więc przed skopiowaniem konkretnego listu. 
Kiedy zamykała zdobiony kuferek z korespondencją, obraz zaczął się rozmazywać i już po chwili znów miała przed sobą surowe oblicze profesora. Po jego skroniach spływało kilka kropel potu. Dopiero gdy powtórzyła w myślach imię i nazwisko nauczyciela, olśniło ją. Źrenice młodej przestępczyni od razu się rozszerzyły i wówczas obleciał ją strach. Musiała przyłożyć się do nauki oklumencji…
— Przemilczę szpiegowanie, włamanie do gabinetu dyrektora i czytanie cudzej korespondencji — wycedził, prostując się gwałtownie, jakby okazany przez uczennicę lęk dodał mu sił i pewności siebie. Gdyby nie to, że w powietrzu zawisło niewypowiedziane jeszcze „ale”, Naav odetchnęłaby z ulgą. — Jednak za użycie czarnomagicznego zaklęcia, niezaakceptowanego przez Ministerstwo, nakładam na ciebie szlaban, Alhevŏte. Codziennie będziesz przychodzić do mnie na godzinę przed kolacją. 
Czarownica nie wiedziała, czy się cieszyć i dziękować profesorowi za swoistą wyrozumiałość, czy może obawiać się nadchodzących godzin szlabanu. 
— W zamian za moją niewątpliwą wyrozumiałość i dyskrecję — zaczął Snape, cedząc słowo po słowie — oczekuję, że zachowasz się rozsądnie. Chyba że mam pomieszać w twojej pamięci... 
— Nie, nie. Oczywiście, że... 
— A teraz zejdź mi z oczu, Alhevŏte — wysyczał i otworzył jej drzwi.
Kiedy wyszła, on także opuścił swój gabinet, podążając w przeciwnym kierunku. Już miał zniknąć za rogiem, lecz w obecności przechodniów rzucił jeszcze:
— Odejmuję także pięćdziesiąt punktów Slytherinowi, panno Alhevŏte.

Klucząc w lochach, trafiła wreszcie do pokoju wspólnego Slytherinu. Była zmęczona. Po wiwatującym tłumie nie było już śladu, w pomieszczeniu panował półmrok o zielonkawym odcieniu. Z powodu późnej pory większość uczniów znajdowała się już w swoich dormitoriach. Jedynie pewien blondyn siedział przy biurku i skrobał coś na pergaminie. Usłyszawszy kroki, odwrócił się gwałtownie w stronę, z której dochodziły.
— Gratuluję, Alhevot — rzucił, wykrzywiając usta w sztucznym uśmiechu, jakby od niechcenia. Sposób, w jaki wypowiedział nazwisko, bardzo raził jej uszy.
— Alhevŏte — poprawiła go czarownica z właściwym, wschodnim akcentem. Nie była jednak oburzona, wiedziała, że Anglicy mają problem ze słowiańskimi językami. — Dzięki.
— Jestem Draco. Draco Malfoy — przedstawił się, wstając i wypinając dumnie pierś. — Pochodzę z arystokratycznego rodu czystej krwi. Ty, jak rozumiem, również, jeśli wierzyć tej starej, głupiej czapie. — Chłopak zmrużył oczy. Wyciągnął smukłą, bladą dłoń w kierunku Naav. Dziewczyna zawiesiła na chwilę wzrok. Ściskając jego rękę, również jeszcze raz się przedstawiła.
— To ty musisz być obiektem westchnień tej Pansy — zauważyła z rozbawieniem. Dracon przewrócił ze znudzeniem oczami. Następnie usiadł z powrotem przy biurku. Naav, zaintrygowana nowo poznanym Ślizgonem, przysiadła nieopodal, zapominając na chwilę o zmęczeniu. Zauważyła, że nerwowo zgniótł zapisany pergamin i wcisnął do kieszeni.
— Uuu, jakiż tajemniczy chłopiec z ciebie, Draconie. Piszesz list miłosny?
— Nie twój interes — warknął. Widać było jego nagłe zdenerwowanie, zupełnie niezrozumiałe dla Naav. Po chwili jednak opanował się i spytał: — Opowiesz mi o tym swoim pokrewieństwie, dzięki któremu dołączyłaś do domu czystej krwi? Nie czytałem nigdy o wschodnioeuropejskich rodach.
— Raczej nie.
— Kto tu jest tajemniczy?
Na twarzy młodzieńca pojawił się uśmiech z cieniem pogardy. Nie chciał jednak odpuścić.
— Jesteś zwolennikiem czystej krwi? — Naav spróbowała zbyć poprzednie pytanie czarodzieja. Nie chciało jej się ponownie opowiadać tej nędznej historii. Skoro ktoś uwierzył, że jest czystej krwi, a nie wiedział nic więcej, nie musiał znać prawdy.
— Nienawidzę szlam! To upodlenie dla całej czarodziejskiej rasy! Nie są godni nazywać się równymi z nami — wycedził z obrzydzeniem. Ponownie wypiął z dumą pierś. — Mój ród słynie z czystości krwi. I z bogactwa oraz wpływów…
Naav westchnęła, kiedy młody Malfoy zaczął wymieniać powody świetności swojej rodziny. Przytakując mu, szybko przeprosiła go i poszła do dormitorium dziewcząt, znużona historią rodziny Malfoy’ów.

Nowy tydzień Alhevŏte zaczęła od zajęć obrony przed czarną magią. Kiedy podeszła pod wrota od sali, wychodziła z niej właśnie Święta Trójca Pottera, jak ich sobie określała. Szlama, jak mówił o niej Dracon, wyglądała na roztrzęsioną.
— Tak nie można! On nie może robić takich rzeczy na zajęciach! W ogóle nie powinien używać tych zaklęć!
Naav domyśliła się, o jakie zaklęcia chodzi. Profesor Moody pokazywał im na kilku ostatnich lekcjach klątwy niewybaczalne, czarno magiczne i często skrajnie niebezpieczne, wręcz śmiertelnie. Większość uczniów Slyhterinu była zachwycona jego praktycznym sposobem nauczania. Na Naav nie robiło to specjalnego wrażenia, ponieważ zajęcia te nie różniły się zbyt od zajęć w jej poprzedniej szkole, choć w porównaniu do praktyk u innych profesorów, te z pewnością były… ekstrawaganckie.
Słysząc kolejne fale narzekań Granger, Naav nie wytrzymała i wypaliła:
— Szlamy nie powinny uczęszczać do magicznych szkół, a jednak to robią. Ciesz się, póki możesz, Granger.
Słowa czarownicy zabrzmiały jak groźba. Oczy Gryfonki zaszły łzami. Potter wymierzył różdżką w stronę Naav, zaciskając zęby ze złości.
— Grozisz mi, słynny panie Potter? — zadrwiła, nabijając swoje ciało na wycelowaną różdżkę. Była od niego starsza i wyższa, co dodawało jej pewności. — Może załatwmy to należycie? Ja się ukłonię, ty się ukłonisz, zrobimy piękny teatrzyk — ucieszyła się, klaszcząc w dłonie. W tym samym momencie z sali wyszedł Malfoy. Widząc zamieszanie i okazję, by utrzeć nosa swojemu największemu wrogowi, od razu postanowił się wtrącić.
— Co jest, Potter? Szukasz problemów? — Tuż za Draconem wyrośli, jak spod ziemi, Crabbe i Goyle. Hermiona złapała swojego przyjaciela za ramię i odciągnęła od uczniów domu węża.
— Chodź, Harry, nie ma sensu…
— Tchórze i szlamy trzymają się razem — wzruszyła ramionami Naav i, witając młodszych Ślizgonów, weszła do klasy.
Siadła tuż obok Evana Rowle, którego poznała niedługo po pierwszym zadaniu. Jak wielu, dopingował jej i pragnął trzymać się blisko przedstawicielki swojego domu w turnieju. Naav to nie przeszkadzało, przynajmniej od czasu do czasu miała z kim porozmawiać.
— Cisza! — Do klasy wpadł profesor Szalonooki Moody, kuśtykając. — Rozumiem, że każdy z was przygotował się do dzisiejszych zajęć…
— Przeraża mnie jego świdrujące oko — szepnęła Naav.
— Alhevŏte! Do mnie. — Usłyszała. Wszystkie spojrzenia zwróciły się w jej stronę. Nie miała wyjścia. Znowu. Wstała i podążyła w kierunku nauczyciela. Zapytana, czy przygotowała się do lekcji, skinęła niepewnie głową.
— Imperio.
Z wycelowanej w uczennicę różdżki wypłynęło niebieskie światło i otuliło jej sylwetkę, odbierając Naav wolę. Czuła, jak świadomość jest otaczana niewidzialnymi kajdanami. Ciało przestawało jej słuchać, wykonywało czynności, których nie kontrolowała. Bała się. Nie chciała na to pozwolić. Musiała przezwyciężyć klątwę. Zmusić kończyny do posłuchania. Ująć magiczne okowy w dłoń. Zerwać łańcuchy. Zmiażdżyć drobnymi piąstkami magiczne żeliwo…
— Brawo! — krzyknął Moody. Wpatrywał się przez kilka chwil w postać Naav. Miała wrażenie, jakby przewiercał ją na wylot. Jakby klątwa, którą rzucił, wniknęła w głąb i ujawniła mu jej tajemnice. Zamarli tak na kilka sekund, patrząc na siebie. Oglądanie twarzy profesora nie należało do przyjemnych, ale zdaniem uczennicy coś z nią było nie tak, gdy szybkim ruchem oblizał się, odwrócił wzrok i kazał jej odejść.

Wieczorną porą Naav, leżąc na łóżku, czytała księgę o słowiańskich rodach czarodziejskich. Znalazła swoje nazwisko, jednak nic na temat ewentualnych rodziców. Nie czuła już nawet rozczarowania. Raczej gorycz. Była kimś, miała nazwisko i czystą krew, a zarazem była nikim. Alhevŏte był od wieków czystokrwistym, znamienitym rodem. Wywodzili się z Czech, byli w posiadaniu ogromnych połaci ziem, terenów górskich. Jednak historia opisana w księdze kończyła się na długo przed narodzinami potencjalnych rodziców Naav. Być może była tylko przypadkiem wykluczonym z jakiegoś powodu z familii?
— Naav, co za parodia! — Do sypialni wpadła Phoebe Selwyn, z którą Alhevŏte dzieliła pokój. Była zdyszana, jakby biegła naprawdę szybko, do tego próbowała się śmiać przez nierówny oddech. Naav spojrzała na nią pytająco. Phoebe siadła w kącie jej łóżka. Była w piżamie i pachniała jeszcze płynem do kąpieli. Z jej kasztanowych włosów skapywały kropelki wody. — Podsłuchałam rozmowę Pansy z Draco! Padniesz ze śmiechu…
Naav westchnęła.
— Pansy jest zdruzgotana! Zaprosiła Dracona na Bal Bożonarodzeniowy! — Oczy Phoebe lśniły, przepełnione dziwną, złośliwą radością. Niczym nowym był fakt, iż nawet starsze dziewczyny interesowały się młodym Malfoyem. Był nie tylko przystojny, ale przede wszystkim bogaty. — Odmówił jej! — Klasnęła w dłonie.
— Nie ma się czemu dziwić, wygląda jak prosiak — skwitowała Naav i odłożyła książkę na parapet.
— A z kim ty pójdziesz? Jesteś reprezentantką.
— Cóż, nie myślałam o tym jeszcze. Może zapytam Evana? To jedyny chłopak, z którym się kumpluję.
— Evan już z kimś się umówił…
— Och, na pewno ktoś z Durmstrangu został jeszcze wolny. Pomyślę jutro, dobranoc.

Rok 1994, Wioska Hogsmeade
Brukowane uliczki Hogsmeade pokrył biały puch. Witryny każdego sklepiku ozdobiono bożonarodzeniowymi girlandami, bombkami. Alejki pełne były kotłujących się czarodziejów, szukających prezentów dla swoich bliskich. Naav błądziła między nimi, trzęsąc się z zimna. Grube futro z białego lisa nie grzało jej należycie, mimo że angielska zima nie okazała się chłodniejsza od wschodnioeuropejskiej.
Kiedy przechodziła nieopodal pomalowanej bladoróżową farbą witryny sklepu odzieżowego, postanowiła wejść i ogrzać się w zamkniętym pomieszczeniu. Widząc na wystawie wykwintną, balową suknię, przypomniała sobie o imprezie bożonarodzeniowej.
— W czym mogę pomóc, młoda damo? — Zza kontuaru wyskoczyła ekstrawagancko ubrana czarownica. Jej włosy na czubku głowy układały się w poroże jelenia, który od czasu do czasu łypał na Naav włochatym okiem. Pozostałe włosy spływały kaskadami na pierzasty kołnierz, niczym pióropusz, wokół którego latały malutkie, kolorowe ptaszki. Dół sukni mienił się tysiącami kolorów, w zależności od tonu, jakim mówiła ekspedientka.
— Szukam… sukni na bal — wydukała Alhevŏte.
— Na bal! — Stara czarownica klasnęła w dłonie i zdematerializowała się. Chmara ptaszków pofrunęła w stronę Naav, by po krótkiej kotłowaninie zamienić się w sprzedawczynię. — Pokaż mi, jaka jesteś, kwiatuszku, odkryję wszystkie twoje sekrety — zaczęła, dotykając niemalże każdej części ciała nastolatki z namaszczeniem.
„Mnie się nie udało, może tobie się uda” pomyślała Naav. Ptaki zdjęły futro z ramion dziewczyny i odwiesiły na wieszak przy wejściu. Dookoła w powietrzu zawirowały nożyczki, taśmy, koronki i nici. Zwoje materiałów kołysały się na ladzie, a najróżniejsze buciki tańczyły pod sufitem. Uczennica przyglądała się temu wszystkiemu z zachwytem, pozwalając działać właścicielce sklepu.
— Gotowe! Jesteś moim arcydziełem, mroczny motylku, mała ciemko! Prawdziwa królowa nocy!
Naav uniosła brew w zdziwieniu. Gdy ptaszki przyniosły lustro, oniemiała z wrażenia.
— No dalej, powiedz to! Powiedz, jak ci się podoba!
Dziewczyna milczała, obracając się wokół własnej osi i oglądając suknię. Była magiczna, więcej niż magiczna. Rękawy i plecy składały się z milionów fioletowych skrzydeł motyli. Piersi i brzuch opinała połyskująca, czarna satyna, spływająca szerokimi falami aż do stóp. U dołu sukni wił się srebrzysty wąż, spoglądający to na Naav, to na wiedźmę. Od łopatek uczennicy spływały sznurki kolejnych motylich skrzydeł, niczym mroczny welon unosząc się tuż ponad ziemią.
— Zakręć nią! — zachęciła autorka stroju. Gdy nastolatka ostrożnie wykonała obrót, skrzydełka wzbiły się w powietrze, tańcząc wokół niej, a połyskujący wąż zasyczał złowrogo. Naav nie wiedziała, co powiedzieć. Nigdy się tak nie czuła. Nigdy nie miała na sobie czegoś tak pięknego, tak wyjątkowego. Tak magicznego…
— Dwieście galeonów, motylku!
Czar prysł. Naav nie mogła wydać tak wiele na suknię, choćby była ze złota. Wakacje spędzała w sierocińcu, gdzie nie miała dochodów. Dorabiała na drobnych usługach dla mugoli, a każdy sykl lub cent traktowała z powagą.
— Nie masz pieniędzy? O, zgrozo! To może sto pięćdziesiąt? — zaskrzeczała starucha, a na jej twarzy wciąż gościła radość i niepoprawny optymizm.
Jeden z ptaszków dziobnął młodą czarownicę w ramię.
— Witam, pani… — Stara wiedźma ukłoniła się nisko, gdy do sklepu wkroczyła elegancko ubrana czarownica. Omiotła surowym spojrzeniem bałagan powstały na skutek tworzenia sukni Naav. — W czym mogę…
— Potrzebuję szat na bal dla mojego syna — powiedziała oschle, przyglądając się Alhevŏte. Nastolatka miała wrażenie, jakby jej źrenice przez chwilę rozszerzyły się w zdziwieniu. Musiała zachwycić się suknią, jednak taka kobieta nie miała zapewne w zwyczaju komplementować innych.
— Już, już, pani… — gorączkowała się krawcowa, następnie zwracając się do Naav. — Bierzesz tę przeklętą kieckę, czy nie? Sto galeonów, niżej nie zejdę!
Łezka zakręciła się w oku Alhevŏte, jednak pokręciła przecząco głową. Musiała znaleźć coś innego. Albo… nie iść na bal.
— Zapłacę za tę suknię — rzuciła nagle arystokratka. Naav zdębiała. — Z kim idziesz na bal, panno…
— A… Alhevŏte. Ale nie… nie mogę na to pozwolić. Dziękuję, jednak…
— Alhevŏte — powtórzyła powoli czarownica. — Idź stąd, zanim się rozmyślę. Mam nadzieję, że ta suknia jest warta swej ceny.
Kobieta rzuciła na ladę woreczek, w którym musiało zabrzęczeć kilkadziesiąt galeonów upadających na blat kontuaru.
— Nie widać? — spytała nieśmiało Naav.
— Przecież nikt poza tobą nie może jej zobaczyć przed balem! — jęknęła właścicielka sklepu Gladrag. Nastolatka ponownie poczuła się zaskoczona. Oddała lekki ukłon, podziękowała i wyszła ze sklepu, w drzwiach mijając Dracona z wysokim, blondwłosym mężczyzną, który musiał być jego ojcem.
— Cześć, Draco, dzień dobry panu… — rzuciła, dygając lekko i zniknęła za rogiem.
„Malfoy!” wpadło do jej głowy, podczas gdy sączyła grzany miód w kawiarni Puddifoot. Blondyn był co prawda młodszy, ale z tego, co słyszała, nie miał pary na bal. Niby spławił Pansy Parkinson, jednak warto było spróbować go zaprosić, Naav nie miała nic do stracenia. Skoro już dostała piękną suknię od tajemniczej arystokratki, musiała iść na bal! 


BETA: Midori